Opinie stałych gości

Opinie stałych gości

Zamknij oczy i wyobraź sobie magiczne miejsce, do którego wchodzisz przez ukrytą w żywopłocie furtkę. Prowadzi Cię ona przez szpaler jałowców, pośród których biegnie wyłożona kostką ścieżka. Dochodzisz nią do wejścia, z dachu którego zwisają różowe i burgundowe dzwoneczki fuksji i czerwona, drobna pelargonia. Po Twojej lewej stronie jest taras, wyłożony lustrzanymi płytkami. Tutaj możesz usiąść z filiżanką kawy w dłoni i poczuć, że naprawdę odpoczywasz. Przy Tobie, tuż na wyciągnięcie ręki, stoją wielkie donice, z których zwieszają się drobniutkie surfinie sąsiadujące z drobnymi, białymi kwiatuszkami bidensa, a nad nimi króluje ciemnoróżowa begonia. Po drewnianych kratkach wspina się kolorowy klematis, a nieco dalej panoszy się barwinek, kwitnący na żółto pięciornik gęsi, pnąca hortensja i drzewka, które wsiały się tutaj bez zaproszenia, ale pozostały i wkomponowały się w całość, prowadzone pewną ręką opiekunów – jesion, klon, wierzba, jarzębina, a nawet mirabelka. Jeśli dodasz do tego jeszcze bzy, forsycję, świerki, rdest ptasi oplątany wokół latarni, wiciokrzew, rozłożyste paprocie otoczone wianuszkiem bratków, aksamitek, gardenii i dzwonków, rząd czerwonych róż, a także tymianek i inne zioła, i jeszcze dekoracyjne drzewko oliwne o lekko popielatych liściach, możesz pomyśleć, że znajdujesz się w raju. Ale to cudowne miejsce istnieje naprawdę i jeśli tylko czujesz potrzebę odetchnięcia od zgiełku i pośpiechu świata, możesz się tam wybrać i wypić kawę, słuchając jedynie brzęczenia owadów i krzyku mew. Dąbki, koło Darłowa. Mała rybacka wioska, uzdrowisko. Morze, jezioro i las. Piaszczysta biała plaża i polskie morze, codziennie inne, nieodgadnione. Dom Wypoczynkowy Maria. Moje miejsce na ziemi. Tutaj czuję się jak w domu.

W tym roku odwiedziłam Dąbki po raz siódmy. I zawsze odpowiadam na to pytanie: Nie, nie nudzi mi się, bo to miejsce to nie tylko morze, które w zasadzie jest takie same w każdej innej miejscowości na wybrzeżu, ale to ludzie, bez których sobie tego miejsca nie umiem wyobrazić. I wiem, że jeśli kiedykolwiek ich tutaj zabraknie, to Dąbki stracą dla mnie swój niepowtarzalny smak i pozostaną tylko wspomnieniem.
Dąbki to Marysia i jej ciepły uśmiech. I wieczna troska w oczach o drugiego człowieka. Marysia, której serce jest w stanie pomieścić tyle dobra… To ona i Franciszek stworzyli to magiczne miejsce, gdzie książki same się piszą, i gdzie do człowieka przychodzi spokój, bez względu na to, z czym na swój urlop przyjechał. Barwne i pasjonujące opowieści pana Franciszka potrafią przenosić do świata, który znamy tylko z historii lub opowieści dziadków. Jego otwartość na ludzi sprawia, że każdy tutaj czuje się wyjątkowy. I Ala, dobry anioł tego miejsca, bez którego cały mechanizm nie funkcjonowałby jak niezawodny, szwajcarski zegarek. Wypić kawę w ich towarzystwie – bezcenne! W tym korowodzie ludzi nie do zastąpienia, jest jeszcze ksiądz Andrzej. „Pleban znad Bałtyku”, jak sam siebie kiedyś określił, proboszcz, wikary, a bardzo często i organista w jednym. Jeśli ktoś jednak myśli, że to jeden z takich „wiejskich” proboszczów, będzie bardzo zaskoczony już po pierwszym wysłuchaniu księdza Andrzeja. Jego słowa prowokują do myślenia i zatrzymania się nad samym sobą. Terapeuta, który potrafi wsłuchać się nie tylko w duszę człowieka, ale pomóc mu także zgłębić swoją psychikę.
Dąbki to również ludzie, którzy zjeżdżają tu ze wszystkich stron Polski. Oni też tworzą klimat tego miejsca, a wyjeżdżając, zostawiają tutaj część siebie. Zamykam oczy i widzę serdeczny uśmiech pani Ani i wspólne lody o smaku chałwy z kawą. I zachód słońca z inną Anią, szaloną, pełną życia, rozgadaną i wnoszącą wiele radości w moje życie. Wieczorne pogaduchy z moją, tak bardzo bliską, Marzenką, która ciepłem dotyka najwrażliwszych części mojej duszy. Każda z nich to piękna opowieść, którą może któregoś dnia splotę…
Na moim balkonie przysiadł wróbelek. Przekrzywił szary łepek i zapatrzył się na mnie. Czarne jak węgielki oczka obserwują mnie uważnie, wypatrując pojedynczych okruszków chleba zawieruszonych gdzieś przy leżaku. Nade mną rozkrzyczała się mewa. Od kilku dni tak się budzę; nie z dźwiękiem budzika w telefonie, ale wraz z krzykiem mew. Wokół mnie nie ma bloków, tylko zieleń. Piękna, zadbana, wypielęgnowana. Znów tutaj jestem. Czekam na te dni tutaj cały ciężki rok; a gdy jest mi szczególnie źle, bo życie przygniecie, jak rozbitek trzymam się tylko tej jednej myśli – że przyjadę tutaj, do miejsca, które potrafi uleczyć mnie ze wszystkiego. Do Dąbek. Do „Marii”. Do Marysi i Franka. Do morza, które ma mi tak dużo do opowiedzenia.
Siadam na jasnym piasku, przy brzegu, i patrzę na tę potęgę, która mieni się przede mną kolorami zieleni i szmaragdu. Czasami tafla jest delikatnie pomarszczona i lekko spieniona falami pieszczącymi plażę; ale są dni, gdy morze staje się żywiołem. Ma wtedy stalowoniebieski kolor i ze wzburzeniem wyrzuca na brzeg fale, które magnetyzują i przerażają zarazem. Lubię obserwować takie morze. Głośnym krzykiem opowiada mi swoją historię, a ja pochylam głowę w podziwie dla Tego, który to stworzył. Z potęgą żywiołu nie wygra żaden człowiek. Możemy stać tylko w oddali i obserwować miotające się bałwany z fascynacją, lękiem i pokorą. W taki sam sposób staję przed górami – świadoma swojej mizerności i ich nieskończonej potęgi.
Mój pobyt w Dąbkach to czas intensywnego pisania. Jedyne, co tutaj muszę to wsłuchiwać się w morze i pisać. W tym zaczarowanym miejscu pióro samo sunie po papierze, a myśli gonią tak szybko, że nie nadążam za nimi. Piszę i nasycam się ciepłem od ludzi, których tu spotykam, za którymi przez cały rok tęsknię i którzy, każdy na swój sposób, dodają niepowtarzalnego smaku mojemu życiu. Bliskość, którą czujemy pomimo dzielących nas kilometrów i upływu czasu. Czas dawania i czerpania. I wyjątkowość każdego z nich.
Na moim balkonie (tym samym od lat) jest stary, drewniany leżak. Już wiele razy Maria chciała go wymienić na nowy, lżejszy, bezosobowy; ale za każdym razem jak tu jestem, proszę „zostaw”. Ten stary, drewniany leżak ma w sobie „to coś”. Kiedy uciekają mi myśli lub przystanę na jakimś zdaniu i ani rusz, nic nie przychodzi mi do głowy, pustka!, wtedy siadam na tym leżaku, a on mnie „natycha” :) Nie wiem jak to się dzieje, ale tak jest. Siedząc na nim, piszę jak szalona. To leżak z duszą, który oddaje mi swoje historie, zasłyszane przez lata od ludzi siadających na nim. A ja to zbieram i ubieram w słowa. Moje własne, choć historie, które tworzę, być może należą do kogoś. Opowiada mi o nich morze i leżak :)
Historią prawdziwą jest moje powitanie z mewami. Kocham je, a one o tym wiedzą. Ja czekam na spotkanie z nimi niecierpliwie, a one podchodzą do mnie tak blisko, że mogę ich dotknąć. Duże i majestatyczne. Wiecznie głodne. Piękne.
Przywitałam je chlebem (bez soli :)) i niedojedzonymi przez chłopców kanapkami. Musiały być bardzo głodne, bo otoczyły mnie tak, że poczułam się jak bohaterka „Ptaków”. Te na ziemi podeszły blisko, ale to było zupełnie naturalne; zaniepokoiły mnie te, które zawisły nade mną na wyciągnięcie dłoni. Miały taki wyraz dzioba, jakby chciały mi wyrwać to, co trzymałam w dłoni. Przez chwilę ogarnęło mnie lekkie przerażenie, bo uświadomiłam sobie, że mój młodszy synek też ma w rączce kromkę chleba i oczami wyobraźni zobaczyłam, jak mewa nie zawraca sobie głowy tym chlebem, tylko bierze w dziób mojego Miłoszka. Mój synek stał sobie jednak spokojnie, rozmawiając z mewami i odrywając im okruszki dla wróbelka. A mój starszy syn, zamiast ruszyć mi z odsieczą, z wielką pasją sobie te mewy fotografował! Mewy były jednak dobrze wychowane i grzecznie poczekały na swój posiłek:)
Odpoczywam więc, ładuję akumulatory na cały rok, słucham tego, co mi w duszy gra i piszę książkę, którą chcę skończyć do jesieni. I każdą oraz każdego z Was cieplutko pozdrawiam znad naszego pięknego, polskiego morza.
„Jeden z najgłębszych sekretów życia polega na tym, że tylko to wszystko, co robimy dla innych, jest tym, co naprawdę warto robić.”
To zdanie wisi na tablicy, która wita każdego przyjeżdżającego gościa w Domu Wypoczynkowym „Maria” w Dąbkach. Zdanie to zostało wybrane nieprzypadkowo, bo właściciele pensjonatu i zatrudnione tu osoby robią naprawdę wszystko, aby każdy kto wybierze to miejsce na swój odpoczynek, mógł poczuć się naprawdę dobrze i wyjątkowo. Wszystko tutaj robione jest z serca i dla ludzi. Nikt nie jest anonimowy oraz bezosobowy, dla każdego znajdzie się dobre słowo, ciepły uśmiech i podarowany pomimo zmęczenia czas. Na korytarzach przypadkowo spotkani tu ludzie wymieniają się uśmiechami i pozdrowieniami, bo to miejsce łączy i ma w sobie jakąś szczególną aurę życzliwości, serdeczności i rodzinnego ciepła. Nic dziwnego, że moje książki, które głównie tutaj powstają, mają w sobie ciepło, którym nasiąkam w tym miejscu i które później oddaję w zapisanych słowach.
Żółty, prostokątny budynek z zewnątrz nie wyróżnia się niczym szczególnym, oprócz schludności i kwiatów zdobiących balkony. Od wewnątrz, po przekroczeniu granicy z wysokiego soczysto-zielonego żywopłotu, to miejsce otula swoim kojącym spokojem, za którym tęsknię przez cały rok i którego potrzebuję, aby odzyskać siły.
Każdy poranek tutaj zaczynam od filiżanki kawy. Zapadam się w miękkim fotelu na tarasie i sycę oczy kolorami i pięknem otaczających mnie kwiatów. Są wszędzie. Wtulam się w nie, mam je przed sobą i tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Swoją delikatnością opowiadają, jak piękny jest świat i jak bardzo człowiek tego nie docenia. Zatrzymuję się przy nich, aby wsłuchać się w ciszę. Ona przecież ma tak dużo do powiedzenia…
Ta kawa to również przyjemność spotkania z ludźmi. Z drogimi mojemu sercu Przyjaciółmi. Mają w sobie tyle trosk, a jednak na tę krótką chwilę zatrzymania zrzucają je na moment i stawiają przy swoim fotelu, uważając, żeby nie przejął ich kto inny. Bo oni nie chcą nikogo obciążać sobą i tym, co zaboli; a ja tak bardzo chciałabym to zdjąć i pomóc ponieść dalej. Jak najdalej od tych, których tutaj pokochałam.
Kawa daje zastrzyk energii. Po niej każdy rusza do swoich obowiązków, a ja biorę moje pióro i zeszyt i zaszywam się w jednym z moich ulubionych kącików. Kiedy chcę być zupełnie sama, piszę na balkonie, siedząc na swoim „natychającym” leżaczku. Nie potrzebuję stołu, ani biurka; wystarczą mi kolana. Gdy robi się chłodniej, piszę w pokoju, na sofie, z którą bardzo się przez ten czas tutaj, zaprzyjaźniłyśmy. W ciągu dnia pozwala mi pisać, ale gdy robi się ciemno i tuż za łóżkiem zapala się wysoka, stojąca lampa; moja sofa wyjmuje mi z rąk pióro i wkłada w nie książkę, dając mi czas na relaks i odpoczynek. Taki, jak lubię. Z książką i otaczającą mnie nocną ciszą. Zza uchylonego okna słyszę przygrywające mi świerszcze i jest mi tutaj tak dobrze, że chciałabym zostać na zawsze.
Gdy zapragnę towarzystwa ludzi, idę do kawiarni i przylegający do niej taras. Piszę obserwując ludzi, albo rozmawiam z nimi, czerpiąc z tych spotkań energię i motywację do pracy. Ogromną przyjemnością są dla mnie wieczory literackie. Spotykamy się przy herbatce i lampce wina; i w blasku świec rozmawiamy. O książkach i mojej pasji pisania; o życiu i jego dylematach; o Dąbkach, które nas wszystkich tutaj połączyły i naszych kobiecych sprawach, które są podobne, bez względu na wiek. Takie spotkania dają mi siłę do pisania; umacniają i sprawiają, że słowa wylewają się ze mnie strumieniem, a ja czasami po prostu nie nadążam ich zapisywać. Takie spotkania łączą i tych uśmiechów i ciepłych słów jest potem dużo więcej, a rozmowy przeciągają się do późnych godzin.
Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie Marysia i Franek, którzy to miejsce wymyślili, stworzyli, włożyli w nie swoje serce i oddali mu całych siebie. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie Alicja, która wspiera Marię swoją niezłomnością, siłą i doskonałą organizacją, a przede wszystkim przyjaźnią i sercem, któremu trochę życie „dokopało”. Dom Wypoczynkowy „Maria” nie byłby tym miejscem, które ma w sobie niepowtarzalną magię, gdyby nie ludzie oddający mu swój czas i swoje ręce – pani Ela, z wielkim zaangażowaniem dbająca o wolny czas wczasowiczów i przeganiająca nudę dzieci swoim entuzjazmem i wspólnymi zabawami; pani Ania z kawiarenki, której miły, ciepły uśmiech nie pozwala przejść obojętnie – po prostu trzeba przystanąć i porozmawiać o tym podarowanym nam dniu i jego radościach, które pani Ania dostrzega pomimo wszystko; pani Irena i Danusia dbające o porządek każdego pokoju i robiące to bez narzekania i marudzenia, ale z wkładanym w swoją pracę sercem; pani Iwona, której potrawom nie sposób się oprzeć (każdego roku potrzebuję kilku dobrych tygodni, aby dobrze czuć się w swoich ubraniach sprzed wyjazdu do Dąbek); i która robi najlepszą ogórkową na świecie; Krzysio, bez którego praca na stołówce gubi gdzieś organizację i dyscyplinę; i w końcu złota rączka „Marii”, pan Henio, bez którego… aż strach pomyśleć co! Pan Henio po prostu musi być!
Moja oaza, którą będę żegnać z ciężkim sercem, ale świadomością, że tu wrócę. Jak do domu.
Smutny pstrąg patrzy na mnie z papierowej tacki niewidzącymi oczami. Smakuje wyśmienicie, uwędzony na ciepło w kotle na czereśniowo-wiśniowych wiórach. Jest tak delikatny, że rozpływa się w ustach, a jego smak na długo pozostaje na języku i w pamięci. Podobnie jak wszystkie dni, które tu spędziłam. W moich Dąbkach. Czas oddany całkowicie pisaniu książki i spotkaniom z ludźmi, z których każdy jest wyjątkowy, inny, ciekawy, niepowtarzalny. Tak samo niepowtarzalne były te wszystkie chwile, które tu spędziłam z tymi, których kocham.
Każdy dzień nad morzem witał mnie krzykiem budzących mnie mew. Lubię to, te mewy i rześki poranek, który jest zapowiedzią długiego i dobrego dnia. Bez względu na to, czy dzień jest pogodny, czy pochmurny lub deszczowy, każdy jest dobry, bo przecież ta letnia radość tak naprawdę jest we mnie i nie zależy od pogody.
Morze szumi na pożegnanie i przypomina mi o swojej niezmienności i o tym, że ono wciąż tu będzie i czeka na mnie; podobnie jak ci, których z ciężkim sercem tutaj zostawiam.
Za szybą samochodu rozpadał się deszcz, zupełnie jakby czuł mój smutek pożegnania. Zostawiam tu wszystko – mój leżaczek, mewy, znajome kąty, alejki i dróżki, kaczki i łabędzie. Zostawiam tych, do których serce już się rwie, bo przez tyle lat stali się częścią mojego życia – Marysię, której ciepło otula, i która jest dla mnie… Ty sama Marysiu wiesz najlepiej, kim jesteś w moim życiu! Franciszka, jego ogromną życzliwość i pasjonujące historie, które opowiada tak obrazowo, że mam wrażenie, iż oglądam film; Alę, która swoje ogromne zaangażowanie i oddanie pensjonatowi i wypoczywającym tu gościom, przypłaca własnym zdrowiem i osłabionym sercem (Ala dopilnuje każdy szczegół, wystarczy, że ktoś chociaż raz tutaj wypoczywał, nieważne ile lat temu; ona pamięta, który pokój ma przydzielić i który stolik na jadalni; pamięta także jakie dany wczasowicz ma wymagania i wspólnie z całą załogą DW „Maria” stara się je zaspokoić). Ala to bardzo dobry i wrażliwy człowiek, podobnie jak Marysia. A takim ludziom, niestety, dostaje się najbardziej… Moje Dąbki to również ksiądz Andrzej, tutejszy „wiejski” proboszcz, jak sam o sobie mówi. Wielki przyjaciel naszej rodziny; człowiek, który potrafi uleczyć obolałą czy zagubioną duszę, ale wcześniej robi w niej rewolucję. Człowiek, który nie boi się mocnych słów i zawsze pozostaje sobą. Ksiądz Andrzej zna człowieka i jego słabości, z których sam doskonale zdaje sobie sprawę.

 
Kiedy jest mi źle, a codzienność się tak rozpędza, że nie nadążam w tym biegu za nią; przystaję, zamykam oczy i wracam tam, gdzie kojąco szumi morze. Widzę jego wzburzone falowanie lub spokojną taflę w bezwietrzny dzień; czuję na twarzy kropelki morskiej bryzy i zapach naszego polskiego Bałtyku. Chłodna woda dotyka moich stóp. Czasami robi to nieśmiało, innym razem zachłannie; ucieka przede mną i wraca, bawiąc się w berka, jak to określiła moja siostrzenica. Od hałasu miasta uciekam w ciszę leśnej alei, biegnącej wzdłuż jeziora Bukowo. Sześciokilometrowa aleja, otoczona z obu stron przez iglasto – liściasty las, rozdziela morze od jeziora i prowadzi do przekopu; miejsca, gdzie to morze z jego słoną wodą łączy się ze słodką wodą jeziora. Są dni, kiedy przekop jest zamknięty, a morze i jezioro uwięzione; ale gdy mocniej popada, obie wody łączą się w jedno, zupełnie jak mąż i żona, i wtedy nie da się przejść suchą nogą z jednej strony plaży na drugą.

 

 
Wieczorne spotkanie z kaczkami i łabędzią rodziną nad jeziorem, nocne słuchanie świerszczy na tarasie, ciepły blask ogniska i zapach pieczonych ziemniaków i kiełbasek; kolacja rybna, na którą czeka każdy, kto choć raz wypoczywał w Domu Wypoczynkowym „Maria”; spotkania, rozmowy; tym wszystkim nasiąkałam przez ten mój czas tutaj, w Dąbkach. Ze sobą wywożę trzy czwarte napisanej książki. Kiedy zapragnę spokoju potrzebnego do jej dokończenia, ucieknę do mojego Nałęczowa i Kazimierza. One też oddają mi swoje zatrzymanie, które wykorzystam, dopisując ostatnie rozdziały i zdania. A moje Dąbki… tęsknią, i ja tęsknię. Ale wrócę tam. Niedługo:)